wtorek, 2 września 2014

Walijska ziemia, czyli Snowdonia nam nie obca...

Kochani dzisiaj zapraszamy was na wędrówkę po walijskich szczytach - naszym celem było zdobycie szczytu o nazwie Yr Wyddfa/Snowdon, czyli najwyższego szczytu Walii (1085 m.n.p.m). Niestety, nasza próba była tym razem nie udana - nie udało nam się pokonać końcowego odcinka, gdyż warunki zewnętrzne zmusiły nas do zatoczenia pętli i powrotu do samochodu, bez osiągnięcia zamierzonego celu. Co się wydarzyło? Zapraszamy do lektury....

W tle Snowdon...
Snowdon, znany w Walii szczyt, z którego rozpościerają sie piękne widoki jest dostępny właściwie dla wszystkich. Można na niego bowiem wejść na 7 różnych sposobów, a także jesli ktoś woli wjechać kolejką. My wybraliśmy opcję pieszą, najbardziej widokową z możliwych i jedną z najdłuższych :) Wychodziliśmy z Pen y Pass, z miejsca, z którego można podążyć dwoma szlakami. Wybraliśmy dla siebie szlak tzw. górniczy - Miners' Track, gdyż zależało nam na tym, by nie ominąć występujących na tej trasie jezior. Ale od początku...

Na szczyt możemy się dość różnymi trasamim i z różnych stron :)

Alternatywna możliwość dostania sie na szczyt :)
Źródło: www.wikipedia.org
Na szczycie,
 Źródło: http://www.dailymail.co.uk/news/article-1192656/The-8m-facelift-Britains-highest-slum-Snowdon-summit-cafe-reopens-mighty-mountain.html
Do Snowdonii warto jechać na kilka dni. Jest tam sporo szlaków do przejścia i wiele ciekawych miejsc do zobaczenia. Noclegów jest sporo, a ceny przystępne.

Podróż samochodem przez Walię dostaracza wiele walorów estetycznych :)


Walia...
Na wyczieczkę jak zwykle wybieramy się z samego rana, choć nam tym razem nie udało się wyjechać zbyt wcześnie - najmłodszy uczestnik podróży nie chciał współpracować :P, tym bardziej, że była to niedziela wielkanocna :) Wyjeżdżamy rano i szukamy parkingu w okolicach Pen y Pass. Przy samym wyjściu na szlak parking jest dostępny, ale już około godziny 8.00-9.00 całkowicie zapchany. Można więc, tak my postąpiliśmy, pojechać drogą caly czas prosto, za wejściem na szlaki, w dół. Kilka łuków i znajdziemy miejsce do parkowania. Niestety, z tego miejsca musimy z powrotem gnać asfaltem pod górę - dobra rozgrzewka przed wyjściem na szlak :) Nie musicie się jednak forsować, a zatrzymać np. przy Nant Peris. Jest to parking, znajdujący się 3 mile od Pass. Z tego miejsca możecie złapać autobus, który jeździ na górę, około co 20-30 minut.

Oznaczenie wejścia na szlak.
Parking Pen y Pass.
Przy parkingu Pen y Pass znajduje się bufet oraz zaplecze sanitarne. Przy parkingu, miłe zaskoczenie - "żywa pogodynka" informowała wychodzących w góry turystów, jakich mają sie spodziewać warunków atmosferycznych i udzielała infomracji o szlakach. Z Pen y Pass wychodzą dwa szlaki - oba  prowadzące na ten sam szczyt. My postanowiliśmy podążyć szlakiem, który odbija w lewo - Miners' Track, a wrócić PYG Track, czli zatoczyć pętlę.




Pozostawiamy parking Pen y Pass w tyle...
Ruszamy zatem, szlakiem odbijąjącym w lewo. Przez dlugą część trasy podłoże jest mocno utwardzone i idzie się bardzo dobrze. Już od samego początku, szlak ten gwarantuje nam przepiękne widoki na okoliczne góry Snowdonii. Na lewo widok na Gwynant Valley. Widoki zupełnie inne niż te, które możemy spotkać na terenie Polski - u nas mocno zalesione szczyty z charakterystycznymi polanami, a tutaj szczyty i góry "łyse"... Wystaczy porównać tę okolicę do Skrzycznego, który ostatnio opisywaliśmy. Tam przy wysokości 1257 m.n.p.m, mocno zalesiony teren, a dzisiejszy szczyt ma wysokość 1085 m.n.p.m i drzew już przy wyjściu z parkingu nie widać. Mało tego, jak jechaliśmy na parking też było ich niewiele :) O piętrach roślinności możecie poczytać na naszym blogu tutaj.




Maszerujemy sobie miarowym tempem i rozkoszujemy się widokami. Obserwujemy budowę skał i zauważamy charakterystyczne "wapienne nitki". Po około 10-15 minutach dochodzimy do pierwszego jeziora - Llyn Teyrn. 


Llyn Teyrn.

Po około 25 minutach kolejnego marszu, po naszej prawej stronie widzimy ruiny starego górniczego baraku. Znajduje się on naprzeciwko kolejnego jeziora, które nosi nazwę Sarn Causeway. Tutaj możecie zauważyć rurociąg, który prowadzi w dół doliny transportując wodę z Llyn Llydaw (trzeciego z jezior) do najstarszej elektrowni w Wielkiej Brytanii. Został on wybudowany, w celu dostarczania energi dla kolei elektrycznej, która przez dolinę Gwynant przejeżdża. Kolej miała łączyć kamieniołomy łupków i koplanie, jednak ten plan został porzucony, ze względu na brak funduszy.

Pozostawiamy Llyn Teyrn.
Wspomniane wapienne nitki...
I mały i duży każdy chce turystą być....
Po prawej rurociąg, który prowadzi do najstarszej elektrowni w Wielkiej Brytanii.

Sarn Causeway.

Ruiny kopalnianego baraku.

Pomiędzy jeziorami Sarn Causeway oraz Llyn Llydaw jest wąska ścieżka, która umożliwia bezpieczne przejście. Zanim jednak ona powstała jezioro LLyn Llydaw nie było podzielone, a konie oraz wozy z miedzią, które podążały z kopalni, transportowane były przy pomocy tratw. Niestety, w 1853 roku, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek i jeden z koni utonął w odmętach jeziora. Wówczas zadecydowano, że musi powstać grobla dla bezpieczniejszego transportu. Na potrzeby jej budowy, poziom wód obniżono o 12 stóp (to jakieś niecałe 4 metry) głębokości. Podczas prac dokonano niesamowitego odkrycia, znaleziono historyczny dębowy kajak, co świadczy o bytności w tym miejscu człowieka już wiele tysięcy lat temu.

Llyn Llydaw, które zostało podzielone ze względu na bezpieczeństwo transportu...
Kolejne baraki pokopalniane, w kórych górnicy mieszkali podczas tygodnia pracy.


Nad jeziorem można sie zatrzymać  i wypocząć, choć my tego nie robimy i podążamy dalej. Przed nami jeszcze spora część trasy i niespodzianka :) ale o tym za chwilę. Od jeziora Llyn Llydaw idzie się bardzo dobrze, wciąż górskim traktem, bardzo mocno utwardzonym.Podążamy wciąż w górę. Idziemy około 40 minut, by dotrzeć do ostatniego z jezior - Llyn Glaslyn. 


Jezioro Llyn Glaslyn za nami :)




W tym miejscu turyści lubią wypoczywać, rozkoszować się widokami przed ostatnim podejściem. Jak złudnie możemy pomyśleć patrząć na mapę, nie pokonaliśmy jeszcze 3/4 drogi, choć mapa by na to wskazywała. Uwaga! to dopiero połowa drogi i to ważna informacja dla wszystkich, którzy tu dotarli. Na powyższym zdjęciu widzimy szczyt, więc możecie wyobrazić sobie jaki odcinek należy jeszcze pokonać. Z nadzieją jego zdobycia, po krótkim odpoczynku chcieliśmy ruszyć dalej, ale spotkała nas niespodzianka....


Nasze żywe srebro postanowiło sprawdzić jak lodowata jest woda w jeziorze. A jest bardzo! Kubuś zmoczył się całkowicie. Na szczęście mieliśmy dla niego zmienne ubranko, ale nie buty :( 


Początkowo chcieliśmy podążyć na szczyt, ale im wyżej się wdrapywaliśmy tym bardziej wiało i spadała temperatura (czego nie widać na zdjęciach), co uświadomiło nas, iż niestety musimy na zejściu się szlaków zrobić pętlę i wrócić do samochodu. 





Od jeziora w górę prowadzi kamienna ścieżka. Początkowo kamienne schody, które zamieniają się w głazy i na końcowym odcinku, każdy turysta chodzi jak mu sie podoba. Nie da się zauważyć wyznaczonego szlaku. Po prostu prą w górę :) Podejście, jeśłi ktoś był, można porównać do naszego Wołowca lub Starorobociańskiego Wierchu.


Charakterystyczne miejsce - zejście się szlaków: Llwybr PYG Track oraz nasz Miners' Track.
Miejsce zejścia się szlaków i podjęcia decyzji - musimy zawrócić. Zdrowy rozsądek wział górę. 



Od jeziora Llyn Glastyn wdrapujemy się około 30 minut w górę, nawet nie całe pół godziny. Jest to odcinek, który pokonujemy do zejścia się wspomnianych szlaków. Z tego miejsca czekałaby na nas około 2-godzinna wędrówka w górę. Z racji naszej przygody my zawracamy tym samym zataczając pętlę. 


Wchodzimy na trasę Llwybr PYG Track, która prowadzi do parkingu Pen y Pass. Przed nami około 2h 30min wędrówki. Niestety nie dane nam było ujrzeć szczytu i widoków z niego, ale dla Was zamieszamy panoramę ze szczytu, którą znajdziecie tutaj. A my jeszcze tutaj powrócimy, wdrapiemy się na szczyt :P i uzupełnimy opis :)




Trasa PYG jest zdecydowanie bardziej stroma niż Miners' Track. Wiecej kamiennych głazów, ekspozycji, czego w przypadku tej drugiej nie doświadczyliśmy praktycznie wcale. Bardziej wyczynowa i większa możliwość skręcenia kostki, więc uważamy, gdzie stąpamy :)

Momentami spore kamienne płyty dobrze, że suche :P


Właściwie to trudno powiedzieć, która z tras jest lepsza do wchodzenia, gdyż obie mają swoje walory. Z pewnością warto zrobić pętlę tak, jak i my to uczyniliśmy :) Na trasie już bez większych przygód, lekko przyspieszonym tempem trochę wchodzimy i trochę schodzimy - rzecz, by można, że "stąpaliśmy falowo" :) Po około godzinie zrobiliśmy postój, by posilić się i rozkoszować widokami. 

Postój na zasilenie energii :) Jak widać na zdjęciu warto zabierać ze sobą rękawiczki - potrzeba matką wynalazków :P


W dole widzimy podzielone jezioro Llyn Llydaw. To tutaj znaleziono dębowy kajak.
Po ponad godzinnym marszu ścieżka, która do tej pory stanowiła typowo górski trakt, zamienia się w udeptaną, dobrze utwardzoną nawierzchnię, by na ostatnim odcinku około 35 minutowym przemienić się znowu w kamienno-skalistą... Gdy przejdziemy ponad 3/4 trasy, na naszej drodze stoi drewniana "przeszkoda", której pokonanie wymaga wspięcia się i zejścia lub zeskoczenia, co z pewnością nie będzie stanowić problemu, ani dla dorosłych, ani dla dzieci. Osoby starsze... hmm skoro idą tą trasą to też nie będzie to dla nich żadna trudność. 




Gdy przejdziemy drewniane utrudnienie, trzymamy się kamiennego znaku, z zaznaczonym na nim Pen y Pass, a więc skręcamy w lewo i podażamy od tego momentu, miejscami stromo, w dół. Stąd już tylko 30 minut dzieli nas od parkingu. Uwaga! Za zakrętem mocno schodzimy w dół i szybko tracimy kontakt ze słońcem, co w wietrzny, chłodny i nie tylko dzień, jest bardzo odczuwalne, szczególnie na rękach i policzkach. 

Po prawej kamienny znak, za którym podążamy.
Początkowo maszerujemy kamiennym podłożem, miejscami większe, miejscami mniejsze kamienie. Po kilkunastu minutach zamieniają się one w kamienne schody, by na samym końcu powrócić do utwardzonego traktu.










Schodząc w kierunku parkingu Pen y Pass nie mamy żadnych wątpliwości, co do kierunku, w którym podążamy, gdyż budynek bufetu stojący przy parkingu, jest widoczny już ze sporej części trasy. Fakt, że dobrnęliśmy do końca obwieszcza nam tabliczka, która informuje o terenie parku, o zasadach, o których należy pamiętać oraz o warunkach pogodowych, na które trzeba zwracać szczególną uwagę. A co u nas? Maluszek zasnął, nauczyliśmy się zabierać ze sobą pełny ekwipunek, razem z butami dla malca,  a nasz samochód od parkignu Pen y Pass, jakieś 20 minut w dół. Ktoś pójdzie po auto... hmm zawsze znajdzie się ktoś chętny :P


Serdecznie Was pozdrawiamy
Hej
A&S&J


A na koniec ciekawostka. Pod koniec dnia znaleźliśmy Snowdon, ale w innym wydaniu i ten udało nam sie zdobyć :P


Czytaj także o angielskim Matterhornie, czyli Shutlingsloe....
Czytaj także o polskim Matterhornie, czyli Kościelcu...


>